Mam takiego dziwnego doła, że aż trudno o tym pisać. Taki
ciężki, pełen zobojętnienia i stracenia wszelkiego sensu. Na nic nie mam
ochoty, za to pomysłów pełno, tylko żaden nie wychodzi.
W przerwie między nauką chciałam zrobić kiciusia na szydełku.
Takie prostego na 3h roboty, nawet nie. I co? Nie wychodzi! To dołuje jeszcze
bardziej, bo ma się wyrzuty sumienia, że jednak nic nie umiem na ten egzamin.
Poza tym jak go zdam? To co wtedy? Nie mogę już siedzieć na
dupie i czekać na łaskę. Muszę iść gdziekolwiek i wyprowadzić się, bo z matką
dostaję często szału. Nie, że mnie wkurza, tylko żal mi jej, bo też straciła
pracę i jak ma mieć pasożyta na utrzymaniu, to wolę się wynieść…
Z drugiej strony jak się wyprowadzę, to się zatęsknię… bo
jestem teraz tak podzielona na pół… najgorsze, ze wszędzie jestem zaangażowana
emocjonalnie. No tak mi się zrobiło na starość.
A to wszystko musiałam napisać, bo tygrysowi należy się
wytłumaczenie moich zachowań, które i tak udaje mi się ukrywać, ale jeszcze
trochę i wybuchnę, albo rykiem albo agresją.
Taka jestem popieprzona, ale przynajmniej staram się
wyjaśnić dlaczego, chyba po prostu to strach.
Klaczka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz