Szybko ten czas biegnie a zmiany, o których pisze Tygrys
nastąpią w przeciągu najbliższych miesięcy. Gdzieś kiedyś przeczytałam mądre
słowa, że czasu nie można zabijać, tylko go wykorzystywać. Staram się tak właśnie
robić, jednak z drugiej strony wciąż go mało. Chodzi mi o egzamin końcowy. Niby
uczę się regularnie, jednak z moimi ambicjami pojęcia WSZYSTKIEGO, jakoś wciąż
czuję się niedoskonała. Długa droga przede mną a licznik pokazuje już tylko 72
dni.
Wciąż najpiękniejsze są weekendy, kiedy mogę się obudzić i
widzieć zaspane oczka Tygrysa. Ten był
wyjątkowy, bo Tygrys i reszta załogi mieli pierwsze wyjście na wodę w ramach
kursu na patent żeglarza jachtowego. W niedzielę pojechałam do nich. Nie trudno
było zgadnąć, że to Oni. Jedyna żaglówka na jeziorze i załoga w kapokach.
Słodko wyglądali! Widać, że tworzą zgraną ekipę i nawet laska, która została do
nich dołączona się wtapia w towarzystwo. Zazdroszczę im… Ja pewnie nie zrobię
tego kursu, pewnie będą ważniejsze sprawy. Z drugiej strony obiecałam, że
nauczę się obsługiwać harmonijkę, żeby były jakieś przygrywki do szant :) ale
to wszystko pewnie dopiero po egzaminie właśnie z tego powodu, że czas
wykorzystywać czas.
Wielbię też Tygrysa za determinację w chudnięciu. O ile ja
pochąłniam ponad 2l wody i odżywiam się jajkami, jabłkami, marchewkami i
płatkami głównie jaglanymi, Ona zaczęła regularnie chodzić na basen. Nie po to,
by leżeć w jaccuzi! Poza tym wykupiła kartę multisport… I tak pięknie chudnie,
że się zaczynam obawiać takiej wizji- Ona piękna wysoka szczupła a ja gdzieś
tam na dole za Nią się kulam… Chociaż ja też już schudłam 7kg, ale waga jakby
stanęła. A tu taka miła niespodzianka ze strony wagi:

Tęsknię już do szydełka. Mam fazę na stworzenie albo
bakterii albo narządów anatomicznych takich jak GIANTmicrobes :) Proste i
efektowne. Mało jest takich branżowych pierdół na rynku, więc można by tez co
nieco sprzedać. Może jednak powinnam uwierzyć w swój talent i spróbować.
Będąc na bezrobociu nie umiem się nudzić. Jestem bardzo
zarobiona. Na tyle, że wczoraj zapomniałam iść na wizytę do urzędu pracy.
Niestety olśniło mnie przy matce i tak mi się głupio zrobiło! Bo nie dość, że
pasożyt, to jeszcze nieodpowiedzialny. Wrrr! Poszłam po l4. Moje pierwsze w
życiu. Nigdy nie miałam tego nawet w dłoni! Pierwsze i już trzeba kłamać. A
wiadomo, że jak trzeba, to nie umiem. Z moim szczęściem znów trafiłam na lekarza
obcokrajowca. Nie umiem z nimi rozmawiać, bo mam wrażenie, że mnie nie
rozumieją… Ale poszło gładko i dziś urzędniczka nawet się zmartwiła, ze mam
wracać do domu i przyjść jak mi się skończy zwolnienie. Jednak nie taki diabeł
straszny! Z drugiej strony sypiam urzędniczkę, więc może się przyzwyczaiłam ;)
Miałam w planach jeszcze wyrzucać swoje żale na ustrój i na zakłamanie
kościoła, ale dostałam okres i zobojętniałam. Oj, ale to, że Peatz ze swoim nadpobudliwym
chujem koncelebruje jedną z ważniejszych mszy państwowych w tym roku, bo
rocznica chrztu Polski w głowie się nie mieści! Chyba jeszcze o tym wydarzeniu coś napiszę…
W niedzielę moja ukochana siostra bienie półmaraton. To mój
kolejny autorytet. Mieć taki charakter, żeby od zera dojść do takiej formy, żeby
być w stanie biec tyle km? Szacunek i Gratulacje! Odziedziczyłam chyba inne
geny, bo jestem zbyt leniwa…
A tu wraca na ląd moja najlepsza załoga! Czyli przyszli
kapitanowie. Oni naprawdę płyną :)

Klaczka :)