(Nie chcę pisać w czarnych kolorach, ale uznałam, że trzeba to przełamać, by Zło nie myślało, że jest wszechwładne)
Jakaś pieprzona niemoc mnie dopadła. Zamiast przeglądać oferty pracy poczytałam trochę blogów. Po raz kolejny doszłam do wniosku, że trzeba coś zmienić, bo przecież ja praktycznie nie żyję. Czaję się na tę zmianę już kilka miesięcy. Tkwię w mojej strefie komfortu i nie umiem z niej wyleźć. Niby źle, ale jednak nie najgorzej... linia trendu mojego samopoczucia pikuje w dół. Nie gwałtownie, dlatego przyzwyczajam się do tego stanu na bieżąco. Znajomi już dawno pozakładali rodziny, sami się utrzymują, z łatwością znajdują lepsze prace.
a ja? siedzę w kącie i już nawet nadziei nie wpuszczam do środka. Nie umiem rozmawiać, nie mam na to ochoty, bo niby co mam mówić. Wyglądam coraz gorzej, bo przecież stan ducha zawsze odbija się w lustrze. Oczywiście, że ryczę. Jeśli nie oficjalnie łzami, to ściskaniem w gardle i szklistymi czerwonymi oczami albo niepohamowaną agresją. Są różne oblicza płaczu. Czasami udaje mi się zrzucić wszystko na alergie.
Czarne chmury nad nami. Sylwester wisi na włosku. O ile mam jakieś dziwne uspokajające przeczucie, że w końcu wszystko będzie dobrze, o tyle w sprawie mojego zatrudnienia już w nic nie wierzę. Czasami nawet jak leżę w łóżku i staram się skupić na serialu, dopadają mnie myśli prawie samobójcze, że trzeba wrócić do Amazona, bo... bo w końcu muszę robić coś dochodowego!
a powinno być tak:
"cześć Kochanie! jesteś głodna?" witając moją Ukochaną obiadem a innym razem sobą w samym pasie do pończoch.
Jeszcze kiedyś przyjdą takie dni.