Są takie znajomości, które wspomina się z wielkim sentymentem. Czasami te znajomości potrafią Cię jakimś cudem odnaleźć
i przypomnieć o sobie w najmniej oczekiwanym momencie. W tej konkretnej to się
działo od zawsze i zdarzyło jeszcze raz. W święta…
Nie byłoby w tym nic specjalnego, gdyby nie mail, na który
trafiłam przypadkiem. Na tysiąc pińcset skrzynek z czasów romansowania
otworzyłam jedną, bo akurat trafiło mi się z hasłem. Z miliona spamów cudem
natrafiłam na ten konkretny mail, przywołała mnie myślami czy jak?
List miłosny, napisany w jedynym w swoim rodzaju stylu. Nie
musiała się podpisywać, żebym wiedziała, że to ona. Jak można po tylu latach wzdychać
do tej samej osoby? Niepojęte i miłe… Stanęłam na wysokości zadania i odpisałam
jednoznacznie, ale życzliwie. Że sytuacja się zmieniła, że mam Żonę, że jestem
szczęśliwa, że oczywiście Taką znajomość
trzeba pielęgnować i oczywiście, że możemy wypić wino w krzaczorach, tylko bez
mizianek, całusów i maślanych oczu. I czy stać ją na to.
Trochę mi jej żal, że przez tyle lat nie potrafiła się
odkochać. Przecież dawałam szansę. Cóż, pierwsza miłość to egzamin z uczuć. Bo
mowa o moim najcudowniejszym Epizodzie, który wtedy miał naście, dziś ponad 20
lat.
Może nie powinnam o tym pisać na Naszym blogu, ale to jakby
powrót do przeszłości a o niej zawsze ciekawie się pisze, choć niewiele zmienia
w rzeczywistości. Nie chcę wzbudzać zazdrości w żadnej ze stron. Zazdrość należy
dusić w zarodku.
Klaczka